środa, 16 listopada 2011

30 day Photo challenge: Day 14 flowers czyli kwiaty

Jakiś czas temu kupiłam je na wyprzedaży w Ikei, myśląc, że moje pelargonie nie wytrzymają chłodów nocy. Jednak w Berlinie ciężko o naprawdę zimną noc, a kwiaty stały na kuchennym parapecie na podwórku osłonięte od wiatru i deszczu. Pelargonie dzielnie wytrwały do połowy listopada, ale stwierdziłam, że to wstyd jesienią (tfu! prawie zimą) mieć na oknie kwitnące letnie kwiaty. Z bólem serca wyrzuciłam je do kosza na bioodpady (tak tak, mamy tu takie na podwórku) a w donicach zawitały wrzosy o obłędnym fioletowym kolorze. Czekały prawie miesiąc, ale się doczekały i teraz cieszą oko podczas pichcenia.

PS. O butach napiszę Wam jutro, bo dziś dopiero wróciłam z wielogodzinnej przeprawy z Gdańska. Bądźcie czujni, bo w weekend szykuję mały konkurs :)

poniedziałek, 14 listopada 2011

30 day Photo challenge: Day 13 czyli dziś z daleka

Otworzyłam okno i cyknęłam zupełnie nie patrząc czy jest coś ciekawego. Wsadziłam kartę do komputera, zgrałam zdjęcia i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że po chodniku jechał akurat pan jednym z wymyślnych berlińskich wózko-rowerów. 


Serdeczne pozdrowienia z mojej ulicy. Jak widzicie u mnie też już jesień na całego. Ludzie opatuleni, drzewa gołe, słońce przez cały dzień leniwie nie może dojść do zenitu... Tak tak... jesień.

PS. Na dwa dni wyjeżdżamy z mężem do Gdańska, więc znów mogę publikować z opóźnieniem. Trzymajcie za mnie kciuki, bo jadę na koncert zespołu Rammstein i mam pewne obawy co do tego, czy mnie przypadkiem nikt nie zadepcze...

30 day Photo challenge: Day 12 czyli dziś z bliska

W sobotę odebrałam z Media Markt wywołane zdjęcia z sesji ślubnej. Oczywiście mojej i mojego męża. Odbyła się na początku października na przystani Centrum Żeglarskiego nad jeziorem Dąbskim. Efekt jest piorunujący, jestem zachwycona zdjęciami i umiejętnościami fotografki. W ogóle to wydaje mi się, że ona jest wróżką albo czarodziejką, bo stworzyła nie zdjęcia a małe magiczne obrazki. 

Zdjęcia trafią do albumu rodziców i teściów, a także do naszego osobistego, który dostaliśmy od przyjaciółki z Berlina. O samym albumie zamierzam jeszcze napisać, więc nie będę wiele zdradzać...


Jeśli ktoś chciałby obejrzeć zdjęcia, to kilka umieściłam w tym albumie.

30 day Photo challenge: Day 11 coś śmiesznego :-)

W sobotę od rana do późnego wieczora byliśmy zabiegani załatwianiem najróżniejszych spraw, by wieczorem spotkać się z przyjaciółmi. W gąszczu takich spraw nie było nic śmiesznego, a może były tylko nie znalazłam chwili by dostrzec coś takiego. Przed wyjściem mój pies znów robił miny głodnego dziecka i dramatycznie domagał się pieszczot i/lub jedzenia. Tragicznie rozwalony pod schodami patrzył się na nas smutnym spojrzeniem, a my musieliśmy wyjść...


30 day Photo challenge: Day 10 coś, co zrobiłam

No tak. Pewnie zbiorę baty za niekonsekwencję. Mam nadzieję, że za opóźnienie mogę się wytłumaczyć bardzo zabieganym weekendem. Zawsze kiedy z mężem jedziemy do rodzinnego miasta nasz kalendarz wypełnia się po brzegi. Obiad u jednych i drugich teściów, spotkania z przyjaciółmi, spotkania z bratem i jego małym szantażystą czyli 1,5 rocznym synkiem, badania lekarskie, zakupy... Ale dzielnie robiłam zdjęcia i zamierzam się podzielić.

W piątek w pociągu do Szczecina zajadaliśmy się zdrowym i niekalorycznym jedzeniem, bo skoro zaczęliśmy chodzić na basen, to szkoda spalone kalorie wypełniać od razu hamburgerem i frytkami :)

W plastikowym pudełku znalazły się marchewki, banany i migdały, które z mężem uwielbiamy. (Ja w ogóle jestem fanką orzechów, ale tylko surowych. Nie lubię ich w ciastach i deserach, w jedzeniu wytrawnym tylko pod niektórymi postaciami. Dlatego właśnie nie lubię rogali świętomarcińskich...)


piątek, 11 listopada 2011

30 day Photo challenge: Day 9 faceless self portrait czyli kobieta bez twarzy!

Bez bicia się przyznam, że wczoraj wróciłam z mężem o tak nieprzyzwoitej godzinie, że nie udało mi się trafić przed komputer. Wracaliśmy z basenu, już drugi dzień z rzędu maltretujemy się na 50 metrowych basenach, aby ujędrnić pośladki (panie) i zgubić brzuchy (panowie). Koledzy męża z pracy też mają co gubić, jak podejrzałam, więc chyba będziemy tak przez całą zimę jeździć i maltretować biedne nieatletyczne ciała. 

Dwa dni basenu wysuszyły moją twarz niemiłosiernie, więc ratunkiem była sheet mask, którą dostałam w ostatni weekend od mamy. Tak więc kobieta bez twarzy...



PS. W Berlinie jest chyba z 30 basenów skupionych w instytucji BBB i jeszcze kilkanaście indywidualnych. Ale to przechodzi najśmielsze oczekiwania ile tu jest basenów 50 metrowych! Jeden nawet w zasięgu spaceru! Wczoraj byliśmy na takim, gdzie w jednym budynku są dwa takie baseny, a jeden ma nawet podest do skoków. I taki dodatek: w razie pożarów wykop dziurę :)

Znalezione na Nord Bahnhof

środa, 9 listopada 2011

30 day Photo challenge: Day 8 technologia

Technologia idzie na przód. Czasami dziwię się światu, kiedy słyszę o robotach robiących drinki, o najnowszych edycjach Ipodów, Ipadów i Iphonów, a przecież jeszcze niedawno były poprzednie, o E-papierze, który nie świeci czy o samochodach na wodę. Mój mąż, pomimo że jest programistą, nie jest niewolnikiem nowinek ani gadżetów. Ja chyba też nie ulegam modom, bo żadnego z I-produktów nie posiadam. Lubię mój laptop, bo jest niebieski, lubię mój telefon, bo ma wi-fi, kocham mój aparat, bo to doskonała lustrzanka. Ale mogłabym zainwestować w technikę w kuchni... bo to wstyd, że nie mamy dziadka do orzechów i musimy sobie radzić tak:


Świat idzie do przodu, a my zostaliśmy w miejscu... :)