poniedziałek, 5 grudnia 2016

Depresja poporodowa

Minął rok od mojego porodu, a ja dopiero dzień przed pierwszymi urodzinami mojej córki powiedziałam sobie na głos, że cierpiałam na depresję poporodową. Jak to się stało, że tak długo to trwało i dlaczego na depresję poporodową cierpiałam? Jak z niej wyszłam i dlaczego w ogóle o tym piszę? Na te wszystkie pytania postaram się udzielić odpowiedzi poniżej.









Co to jest depresja poporodowa?

O depresji poporodowej słyszałam kiedyś, ale temat w ogóle mnie nie obchodził. Kiedy byłam w ciąży moja położna powiedziała, że istnieje możliwość porodu w szpitalu i powrotu do domu tego samego dnia. Bardzo mi się spodobał ten pomysł. Według statystyk kobiety, które wybierają tę możliwość najrzadziej zapadają na depresję poporodową. Wtedy ten temat do mnie wrócił i pomyślałam, że może warto się nad tym zastanowić. Ja jestem dość twardą osobowością, ale noszę w sobie “prątki depresji”, jak je nazywam. Poza tym hormony, zmiana całego życia w jeden dzień, no i do tego moja niechęć do szpitali. Jak pomyślałam, tak zrobiłam i tego samego dnia co poród byłam już w domu.

Pierwsze dni były cudowne, spłynęła na mnie perłowa masa macierzyństwa, miłości i rozczulenia nad małą istotką, którą wydałam na świat. Nie było we mnie lęku, niepewności (może przez chwilę), czułam, że jestem we właściwym miejscu i że jestem do tego przygotowana na tyle, na ile się da się przygotować. Jak bardzo się myliłam, miałam się dopiero przekonać.


Po kilku tygodniach bańka pękła. Po emocjonalnych wyżynach, po rozczulaniu się nad maleńką Lidią, po tym spokojnym czasie wypełnionym lampkami, świeczkami, czytaniem gazet i książek nadeszła czarna dziura. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałam.

W prasie i wśród moich znajomych panuje przekonanie, że depresja dotyka kobiety, które na dziecko nie były gotowe albo, że po porodzie nie mogą lub nie chcą się zajmować noworodkiem, a do tego są zaniedbane, smutne, nic nie robią i siedzą pogrążone w smutku.

Kilka słów o mnie: Zanim zaszłam w ciążę i jeszcze w jej trakcie byłam kobietą aktywną: studia, praca, własna działalność i remont mieszkania, podróże i odwiedziny bliskich w Polsce. To wypełniało mój czas.

Kilka słów o Lidii: W pierwszych miesiącach mała była niczym bobas z reklamy. Właściwie tylko ją karmiłam, przewijałam, tuliłam. Płakała tylko, gdy była głodna, w nocy karmiłam ją dwa razy, szybko zrozumiała kiedy jest dzień, a kiedy noc, nie miała kolek, ząbkowała bezboleśnie, lubiła wózek, nosidło, jazdę autem, ciszę, towarzystwo innych. Nieprzespane noce mogłam policzyć na palcach jednej ręki. Podsumowując: nie miałam z nią problemów.

Kiedy zaczęła się u mnie depresja?

Nie wiem. Nie umiem odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. Na pewno nie cierpiałam na baby blues. Wręcz przeciwnie. Po porodzie w cichą i śnieżną niedzielę wróciłam do domu, w poniedziałek i wtorek spokojnie i powoli przyzwyczajaliśmy się do siebie, a w środę poszliśmy na godzinny spacer. Pamiętam, że tego dnia miała nas odwiedzić rodzina męża, więc upiekłam jabłecznik i ciasteczka. Pomyślcie. Zwykle tego dnia kobiety dopiero wychodzą ze szpitala, a ja poszłam na długi spacer (po porodzie naturalnym!) i zaszalałam w kuchni. Byłam na endorfinowym spidzie. (Jak nazwać to inaczej?) Natomiast po kilku tygodniach tych endorfin było coraz mniej. Miesiąc po porodzie pojechaliśmy do mojej rodziny na Boże Narodzenie. To były najgorsze święta mojego życia. Nie mogłam zrozumieć dlaczego wszyscy się tak cieszą, nie mogłam patrzeć na te ich rozświetlone błyskiem lampek twarze, na te prezenty i jedzenie. Miałam ochotę siedzieć w ciszy i samotności patrząc się w okno. Do tego kupiłam sobie sukienkę, w której chciałam wyglądać dobrze i móc karmić, a wyglądałam jak worek i nie dałam rady karmić. Nie miałam apetytu. Pamiętam, że w czasie Wigilii zjadłam tylko kilka łyżek barszczu. Kilka dni później rozżalona siedziałam na imprezie urodzinowej u mojej przyjaciółki ginekolog i ona mi powiedziała zdanie, które do dziś dźwięczy mi w uszach: Musisz się odnaleźć jako matka. I tak mnie to wtedy zabolało. Jak to!? Przecież ja jestem matką. Ale też sobą. Tą sobą z kiedyś. I z teraz. Kim ja właściwie jestem? Usiadłam na kanapie i w niewygodnej sukience karmiłam Lidię płacząc. Wielkie łzy ciekły mi po policzkach i spływały na małą główkę Lidii. Czułam się okropnie. Gruba. Rozregulowana. Brzydka. Nie ja. W tym wszystkim najstraszniejsze było to, że byłam w tym momencie najgorszą wersją siebie, a wszyscy dookoła (w tym kilku ginekologów podczas imprezy urodzinowej mojej przyjaciółki) gratulowało mi świetnego porodu i znakomitej formy miesiąc po rozwiązaniu. Jakiej formy!? O czym wy mówicie?

Teraz oczywiście myślę, że to banał. Ale hormony robią swoje.



Jakie były objawy depresji poporodowej?

Pierwszy i chyba typowy objaw dla wszystkich mam cierpiących na depresję poporodową, to częste sprawdzanie czy dziecko żyje. Jakkolwiek paranoidalnie to nie brzmi, zdarzało mi się to robić kilkadziesiąt razy dziennie. Zaglądanie do małej w czasie drzemki, nerwowe wybudzanie się ze snu w nocy i sprawdzanie czy oddycha. Pamiętam, że zamiast odpocząć w ciągu dnia, ja biegałam po domu przygotowując obiad, sprzątając, piorąc i co kilkanaście minut zaglądałam czy Lidia żyje. Oczywiście, że żyje! Z drugiej strony nachodziły mnie takie myśli, że przecież nic by się nie stało, jakby Lidia zniknęła. To okropne. Kiedy tylko taka wizja pojawiała się w mojej głowie robiło mi się słabo. To było jak choroba dwubiegunowa. Z jednej strony martwię się o nią, a z drugiej zupełnie mi na tym nie zależy. Ta nerwica sprawiała, że nie mogłam spać. Najpierw wybudzałam się między karmieniami i delikatnie kładłam rękę na jej malutkim brzuszku, żeby sprawdzić czy rytmicznie się unosi, potem już w ogóle nie mogłam zasnąć. Zmęczona kładłam się do łóżka, a oczy miałam szeroko otwarte. Wtedy chyba przeczytałam najwięcej książek.

W czasie tych bezsennych wieczorów i nocy siedziałam w kuchni i próbowałam odciągać mleko. Z karmieniem nie miałam problemu. Jednak na samą myśl o pompce, buteleczkach, wyparzaniu tego wszystkiego robiło mi się słabo. Z jednej strony nie wyobrażałam sobie karmienia sztucznym pokarmem, a z drugiej bardzo chciałam wrócić do pracy (miesiąc czy dwa po porodzie!?)  Musiałam znaleźć czas, żeby odciągnąć mleko. Moje piersi nie chciały współpracować. Przeczytałam pół internetu, wypróbowałam wszystkie metody, pomagała mi moja położna, położna laktacyjna, a to wciąż była loteria. Czasami nic, czasami 10 ml a czasami 150 ml. A przecież od tego zależał mój sukces jako matki! Tak mi się wtedy wydawało. Jeśli pogodzę bycie mamą i choć częściowy powrót do pracy to zostanę mistrzem świata. Tak bardzo chciałam sobie udowodnić, że mogę robić wszystko, że nic się nie zmieniło. A przecież zmieniło się wszystko. Myślę, że to był jeden z głównych powodów mojego stanu. Godzinami próbowałam coś odciągnąć, płakałam, patrzyłam w ciemne niebo za oknem. Myślałam co by takiego się stało, gdybym otworzyła okno i zakończyła tę mękę. Szaleństwo. Napisałam właśnie to zdanie i czytam je pięć razy. Pierwszy i ostatni raz w życiu miałam myśli samobójcze. Przed skokiem (o ironio!) obroniło mnie dobre wychowanie. Nie skoczę, ponieważ są rzeczy do zrobienia i nie mogę teraz tak wszystkiego zostawić. Dziś kiedy o tym myślę, zastanawiam się dlaczego coś takiego rozgrywało się w mojej głowie. To nie jestem przecież ja. A mimo wszystko przez wiele długich tygodni nie potrafiłam tych myśli od siebie odpędzić.

Do tego dochodziły kłótnie z mężem. Czułam, że los potraktował mnie niesprawiedliwie. Dla niego nie zmieniło się nic, a dla mnie wszystko. On po dwóch tygodniach wrócił do pracy na cały etat, a ja zostałam z dzieckiem w domu. Mogłam pracować kiedy Lidia śpi, a wieczorami dwa lub trzy razy w tygodniu wychodziłam do moich uczniów. Poza tym wszystko było na mojej głowie, a nie potrafiłam tego robić z małym dzieckiem, wszystkiego musiałam nauczyć się na nowo. Sprzątania, robienia zakupów, gotowania, ćwiczenia, pracowania, organizacji czasu zgodnie z drzemkami. Płakałam, kiedy zadarzało nam się wyjść w trójkę do kawiarni. Siedziałam nad herbatą, Paweł trzymał Lidię, a ja płakałam. Płakałam kiedy nie udawało mi się usiąść do tłumaczenia, bo Lidia nie chciała akurat zasnąć. Płakałam kiedy bałam się wyjść z domu, kiedy musiałam wyciągnąć wózek z piwnicy. Płakałam do środka. Na zewnątrz byłam posągiem. Wszystko musiałam mieć zawsze zrobione na 100%. Niczego nie odpuszczałam.

Ja naprawdę nie jestem depresyjnym typem. Lubię się śmiać, spędzać czas z przyjaciółmi, uprawiać sport, czuć życie pełną piersią, albo poprzytulać się na kanapie, zjeść coś pysznego. Mój stan zaczął mnie przerażać. Był środek stycznia.


Co nie pomaga w depresji poporodowej?

Wydawało mi się, że wyjazd to będzie świetna okazja, aby powalczyć z moim stanem. Na początku marca ruszyliśmy w Alpy. Było naprawdę świetnie spędzić czas z przyjaciółmi, mój mąż nawet zabrał naszą 4-miesięczną córkę na stok i zjechał z nią na nartach. Mi się udało wrócić do biegów narciarskich, co sprawia mi ogromną przyjemność. Jednak przed życiem nie da się uciec nawet do Austrii. Wciąż czułam się podle. To było jak spirala nieszczęścia. Czułam się źle, chociaż wiedziałam, że nie mam do tego prawa, bo Lidia to cudowne dziecko, jestem właśnie na nartach w Alpach, moje życie jest nieskomplikowane, mam za co żyć, mam co jeść, mieszkam w cudownym mieście, mam świetnych przyjaciół. Zaczęłam trochę o tym mówić.

Wszyscy otwierali oczy ze zdziwieniem i mówili:
Nawet jeśli się źle czujesz, to minie! Lidia podrośnie, przyzwyczaisz się i wszystko będzie super!
To tylko hormony, poczekaj i przejdzie! Ty się źle czujesz?! Przecież wszystko jest idealnie, pięknie wyglądasz, nie ma nawet śladu ciąży na twoim ciele, wróciłaś do pracy, Lidia jest szczęśliwa, cudownie prowadzisz dom. Nie ma powodu do smutku!

No właśnie. A ja wciąż byłam smutna. Choć staram się mówić o tym, że jest mi źle, nikt tego nie brał na serio. Zaczęłam mieć wyrzuty sumienia, że ktoś w tak dobrym życiem może sobie dawać prawo do smutku. A ja miałam wewnętrzną blokadę do odczuwania radości. Czasami czułam się jakby mnie dotknęła choroba dwubiegunowa. W ciągu dnia potrafiłam przeżyć prawdziwy high emocjonalny, cieszyć się drobnostkami, a kilka godzin później zapaść się w sobie, płakać, nienawidzić siebie, męża, życia. Nie znosiłam tych stanów, to nie byłam ja.



Dlaczego zachorowałam na depresję poporodową?

To było pierwsze pytanie, które sobie zadałam, kiedy przyznałam przed sobą, że byłam chora. Zaczęłam czytać opracowania psychiatryczne na temat przyczyn tego typu depresji i wciąż nie umiem jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiem też czy znalezienie odpowiedzi jest kluczowe. Nigdy wcześniej nie cierpiałam na depresję, choć wiem, że walczą we mnie dwa demony. Jeden z nich w gorszych momentach mojego życia próbuje mnie ściągnąć na stronę depresji, jednak mam na tyle silny charakter, że nawet z najgorszych chwil jestem w stanie prędzej czy później wyjść sama. Nie straciłam też matki, co jest często podawane jako jedna z przyczyn. Urodziłam zdrowe dziecko w terminie i przez pierwsze dwa tygodnie miałam wsparcie mojego męża. Później było z tym wsparciem różnie. Myślę, że bardzo dużo wzięłam sobie na głowę, próbując udowodnić sobie i całemu światu, że można być supermamą i mieć super działaność bez szkody dla siebie, dziecka czy pracy. Na pewno są na świecie kobiety, które to ogarniają, niestety ja nie jestem jedną z nich.

Do tego życie freelancera spowodowało, że mój dochód znacznie się zmniejszył. Oczywiście byłam na to przygotowana i miałam oszczędności, wpływy z macierzyńskiego oraz wsparcie męża, jednak myśl z tyłu głowy, że muszę na kimś polegać, jestem od kogoś zależna, a do tego bezużyteczna siedzę w domu i nie zarabiam pieniędzy powodowała, że robiło mi się niedobrze. Pracowałam nieprzerwanie od 17 roku życia i zawsze miałam swoje pieniądze, dlatego tak trudno było mi się pogodzić z taką sytuacją.

Wielu osobom w tym punkcie tesktu może się wydawać, żę przesadzam. Wszystko było ok: dziecko zdrowe i zadbane, ja mam czas dla siebie, jest ciepło i syto, mąż pracuje, ja jestem szczupła i zadbana, zawsze gotowa do akcji, pracy i uśmiechnięta. Ale czułam, że w środku gniję, zapadałam się z każdym dniem coraz bardziej. Z perspektywy czasu wiem, że trzymałam stare życie za ogon i nie chciałam rzucić się w to nowe.

Kiedy i jak zaczęłam z nią walczyć?



Odpuść sobie
Kluczowe było to, że odpuściłam. Niczego nie musiałam. Sprzątać, gotować, prasować, odkurzać i myć podłóg, robić zakupów ani zajmować się pracą. Któregoś dnia odpuściłam i zaczęłam być tu i teraz. Cieszyć się ciepłym dniem, długimi spacerami, pachnącym w parku jaśminem, samolotem przecinającym niebo, ale przede wszystkim uśmiechem mojej córki. Myślę, że przez depresję poporodową przegapiłam kilka miesięcy z jej życia, zbyt pochłonięta pracą i rozpaczą.


Sport
W Niemczech, gdzie mieszkam, kasa chorych refunduje kurs odbudowy mięśni dna miednicy dla kobiet po porodzie. Zapisałam się na niego, ponieważ prowadziła go moja położna, z którą bardzo się zaprzyjaźniłam. Te niepozorne 90 minut w tygodniu zmieniły wszystko. Na każde zajęcia piekłam dla wszystkich uczestniczek coś pysznego. Muffiny, brioszki, ciasteczka. Sprawiało mi to banalną przyjemność obdarowywać inne kobiety, które może cierpiały tak jak ja, a na zajęciach miały uśmiechy przyklejone do twarzy. Jednak to co mi dały te zajęcia to powrót do sportu. Przed ciążą byłam bardzo aktywna, a później przez kilka tygodni z jasnych przyczyn nie mogłam od razu przebiec 10 km ani wrócić do flow jogi. Jednak wtorek wieczorem był dla mnie. Bałam się okropnie wychodzić i zostawiać dziecko tylko po to, aby sprawić sobie przyjemność, odpocząć psychicznie. Pamiętam słowa mojej położnej: “Będzie płakać? No trudno. Przecież nie jest głodne i ma opiekę taty. Niech on też ma z dziecka trochę troski.” Ah, jak wyzwalające było to jedno zdanie. Nagle runął mur i zdałam sobie sprawę, że nie będę mogła (ani musiała) zajmować się moim dzieckiem do końca życia! Zatem wtorek był dla mnie. Najpierw ćwiczenia poporodowe, potem joga i tak wróciłam do sportu. Kilka razy w tygodniu zakładałam do wózka koło biegowe i korzystałam z tego, że zamiast iść do pracy, mogę moją córkę wsadzić do wózka i przebiec z nią kilka kilometrów, ciesząc się zielenią, spokojem i przede wszystkim towarzystwem mojego dziecka.

Powrót do codzienności
Z czasem byłam gotowa wrócić do akcji, jednak na innych warunkach, za rękę z moim dzieckiem. Wyciszyłam się, zwolniłam, zaczęłam inaczej patrzeć na życie. Przestałam się bać, bo nie narzucałam sobie nierealnych celów. Cieszę się po prostu tym co jest i nie chcę zbyt wiele. Zaczęłam mieć z Lidią nasze codzienne rytuały, w których znalazło się miejsce na jej odpoczynek i moją pracę. Zabrałam nogę z “drugiej strony” i stanęłam pewnie po stronie macierzyństwa. Nie umiem sobie teraz wyobrazić mojego życia bez dziecka. Nie będę Wam tu opisywać planu mojego dnia, ale szybko sobie musiałam wytłumaczyć, że bardzo wiele rzeczy jest możliwych z dzieckiem (ale nie wysztskie). Stałam się ambasadorką hasła “z dzieckiem można prawie wszystko!”. Zaczęłam z nią jeździć na wystawy, odwiedzać księgarnie w całym Berlinie, na co nie miałam czasu przed ciążą, jeździłyśmy do wyjątkowych sklepów z delikatesami, spacerowałyśmy godzinami po lesie, wsadzałam ją do auta i jechałyśmy na kilka godzin za miasto. Nie było w tym wszystkim czasu na spotkania z innymi mamami i na narzekanie jak ciężkie jest macierzyństwo, nie było też czasu na czytanie książek o dzieciach i wychowaniu. Nie przeczytałam ani jednej, może dzięki temu nie wpadłam w schemat matki siedzącej w domu.

Proszenie o pomoc

Bardzo żałuję, że nie prosiłam o pomoc: męża, przyjaciół, znajomych czy rodziny. Wydawało mi się, że wszystko zrobię sama. Ostatecznie tak było, ale zapłaciłam za to wysoką cenę. Było wiele osób, które proponowało mi pomoc, jednak ja wciąż miałam w głowie myśl, że nie mogę nikogo obciążać moimi decyzjami. Przecież to ja się zdecydowałam na dziecko i to ja muszę się nim zajmować. Teraz uważam, że to było bardzo głupie, bo co by się stało, jakbym poprosiła koleżankę, żeby przez godzinę została z dzieckiem a ja w tym czasie mogłabym zrobić coś konkretnego, albo nawet NIC, odpocząć, pomalować paznokcie. Nie poszłam też do psychologa, ale to nie wynikało z niechęci, tylko z niewiedzy. Nikt mi tego pomysłu nie podsunął, wszystkim naokoło wydawało się, że radzę sobie świetnie, a ja nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogę mieć depresję.




Czy jestem już zdrowa?

Kiedy o tym wszystkim piszę, a chciałam, żeby to był obraz kompletny, więc zajrzałam naprawdę głęboko w siebie, jest mi ciężko. Ale nie mogę tego porównać z tym, jak się czułam kiedy naprawdę przez to przechodziłam. Godziny smutku, godziny płaczu. Nie potrafiłam sobie poradzić. A to nie byłam ja, to nie mój styl działania. Depresja na pewno zostawiła głęboką ranę i boję się oczywiście, czy to się powtórzy, kiedy zdecyduję się na kolejne dziecko. Mam nadzieję, że nie.

W przygotowaniu tekstu korzystałam z tych artykułów:
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,53662,20990739,depresja-poporodowa-gdybym-to-przezyla-chybabym-umarla.html


7 komentarzy:

  1. Ja dopiero niedawno, po 2,5 roku od porodu, byłam wstanie przyznać się przed sobą, że i mnie ten problem dotyczył (mam nadzieję, że mogę już pisać w czasie przeszłym). Przebiegało podobnie jak u Ciebie na początku: ze szpitala wróciłam cała w skowronkach, byłam mistrzynią organizowania sobie czasu i zwiedzania z wózkiem okolicy (chociaż byłam po cesarce). Potem stopniowo, niezauważenie, wkradła się depresja. Chociaż miałam zdrowego bobasa, który rozwijał się praktycznie podręcznikowo, czułam sama w sobie, że umieram. Tak po kawałeczku. Nie wiedziałam dlaczego, ale wypłakiwałam się pod prysznicem. Z nikim nie rozmawiałam, bo nie wiedziałam co mam powiedzieć i czemu chociaż mam szczęśliwe życie, jest mi źle.
    Gdzieś w internecie trafiłam na zdjęcia kobiet z depresją poporodową i ich komentarzami. Bardzo wartościowy artykuł. Jak znajdę, to Ci podlinkuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cały czas się zastanawiam dlaczego tak niewiele się o tym mówi? Dlaczego tak znakomicie jesteśmy przgotowane do porodu, a o depresji poporodowej nikt nas nie przgotowuje? Dziękuję za Twój komentarz, mam nadzieję, że ten temat da się jeszcze odczarować. :)

      Usuń
    2. Wydaje mi się, że mówi się o tym sporo, jednak w taki sposób, że żadna matka nie chce się przed sobą do niej przyznać, bo za duża jest presja na bycie idealną. Ciągłe oceny otoczenia (nawet na głupich forach na mam, kiedy spanikowana kobieta zapyta o jakąś głupotę i spotyka się z atakiem), próby pokazania się z jak najlepszej strony przed krytycznym okiem babć i cioć. Współczesne mamy nie mają lekko ;) Ale masz rację - trzeba mówić więcej o tym, że każdej z nas może się to przytrafić i że nie jest przez to gorszą matką.

      Usuń
  2. Proszę, miałam zapisane: http://www.postpartumprogress.com/cant-tell-mom-postpartum-depression-looking

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo madrze napisane. Masz racje, wciaz za malo i niewlasciwie sie o depresjii poporodowej pisze, rozmawia i w gabinecie poloznej i pomiedzy kobietami. Mialam depresje ale przed porodem, w ciazy. Juz po urodzeniu dziecka od przypadkowo poznanej w internecie poloznej dowiedzialam sie, ze nazywa sie to "zespol depresji okoloporodowych" i ze rzadziej, ale zdarza sie, ze depresja przychodzi w ciazy. Przez kilka miesiecy, zamiast cieszyc sie ciaza, tym, ze bedziemy mieli dziecko, planowac, kupowac cudne ciuszki itd przezywalam to co ty, negacje, leki, obojetnosc, frustracje. Podobnie wszyscy mi gratulowali no bo jakze nie gratulowac przyszlej mamie, kolezanki piszczaly z zachwytu no bo przeciez bedzie cudne dzidzi, chcialy glaskac moj brzuch, pytaly czy kopie itd a ja czulam sie jak potwor nie umiejac wydusic z siebie ani krzty radosci i obawiajac sie, czy w ogole bede umiala pokochac swoje dziecko. Na szczescie dla mnie juz w ciazy zaczelam sama siebie przekonywac, ze wszystko sie jakos ulozy a cala depresja, leki i niepokoj minely jak reka odjal, kiedy zobaczylam swoje dziecko. Byc moze przedwczesny porod spowodowal taka burze hormonalna, ze depresja sie sama uleczyla, nie wiem. Chcialam to napisac pod twoim postem, bo moze przeczyta to jakas przyszla mama, ktora odczuwa podobnie, zeby pomyslala, ze nie jest wyjatkiem, ze tak bywa i ze z tego sie tez da wyjsc.

    OdpowiedzUsuń
  4. Od dawna śledzę Twojego bloga i cieszę się, że mogę Cię "znać", zarówno stąd, jak i z Instagrama. Ten post właśnie wywołał lawinę łez, bo po dokładnie 21 miesiącach wszystko wróciło. W wielu kwestiach czułam się, jakbym to ja pisała tą notkę i dlatego dziękuję Ci, że zrobiłaś to tak dogłębnie i rzetelnie. Jeszcze nigdy czytając cokolwiek o tym stanie (do dziś mam wątpliwości, czy to była depresja, czy "zwykły" baby blues) nie zgadzałam się z każdym słowem i nie czułam, że mogę podać autorowi rękę, za to, że czuję, jak i on czuł.
    A poczucie, że to nie byłam ja chyba było w tym wszystkim najstraszniejsze. Taki stan? Ja, młoda matka, która pragnęła dziecka, jak nic innego od kilku już lat i depresja? I to zdziwienie, wręcz autentyczny szok. Szok, że wszystko się zmieniło, że ktoś zabrał moje życie i mnie razem z nim i nic już nigdy nie będzie, jak kiedyś. Dodałabym jeszcze, że towarzyszył temu - okropny dziś dla mnie - brak uczucia dla tej malej istoty, choć tak bardzo o nią wtedy dbałam. Nie czułam nic, kompletnie. Nienawidziłam siebie za to. Kiedyś miałam takie wyobrażenie o matkach z marginesu. W ciąży widziałam siebie uśmiechniętą, cieszącą się każdą chwilą z maleństwem, a te chwile miały przynosić nieopisane szczęście, podczas gdy było całkiem odwrotnie. Płakałam i drżałam na każdy dźwięk, jaki wydawał wtedy mój syn. Bolał mnie brzuch, kiedy on się budził, ogarniało mnie przerażenie kiedy nie spał. Wpadałam wręcz w panikę, kiedy zostawałam z nim sama. Wszystko było takie irracjonalne. Aż nie do opisania. Mówiłam mężowi, jak się czuję i wtedy tylko jemu, ale choć się starał, nie mógł mi pomóc. Potrzebowałam obecności, a on musiał pracować. Dopiero po pół roku zaczęłam mówić innym, ale raczej oszczędnie, w obawie przed niezrozumieniem. Na przykład moja mama, czy babcia do dzisiaj nie widzą, co się wtedy ze mną działo.

    A pytanie dlaczego to dotknęło akurat mnie do dzisiaj mnie nurtuje. Tłumaczę to oczywiście hormonami, ale i wcześniejszym, nieplanowanym, a za razem nagłym porodem w 35 tygodniu ciąży. Pewnej nocy trzeba było ratować zarówno dziecko, jak i mnie przed skutkami wysokiego ciśnienia. Czasem nachodzą mnie myśli, czy wszystko potoczyłoby się inaczej, gdybym urodziła w terminie, naturalnie. I czy naprawdę moja psychika jest tak słaba i dlaczego, skoro zawsze sądziłam, że jest inaczej. Jeszcze kilka miesięcy temu, kiedy wieczorem układałam do snu mojego syna nie mogłam przestać myśleć o tym, jak wiele straciłam i jak wiele mi ten stan zabrał. Ale także jemu. Nie chcę się o to obwiniać, bo nie tędy droga. Dziś już nie ma śladu z tego, co było, choć rana jest. Za 3 miesiące synek będzie miał 2 urodziny, a ja chciałabym mu dać rodzeństwo, tylko tak bardzo się boję. Boję się, że znów będę się w duchu przeklinać, że było już tak stabilnie, a znów się wszystko rozburzy. Kiedyś marzyłam o trójce dzieci...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam, że pełną piersią odetchnęłam po pół roku, a tak dokładnie po 8 miesiącach. I choć wtedy myślałam, że to trwało tylko książkowe 4 tygodnie (bo przez ten okres czułam się najgorzej - czytaj płakałam codziennie), tak dziś wiem, że był to jednak dłuższy okres, i choć mimo czarnych chmur w głowie i smutku kolejne miesiące były coraz lżejsze. Marzyłam, by wychodzić do ludzi, kochałam robić zwykłe, spożywcze zakupy, byle tylko mieć kontakt z człowiekiem i choć namiastką normalności, która była wcześniej. Z czasem znalazłam radość w tym, co mam i zwyczajnie odnalazłam się w macierzyństwie. Dziś oczywiście nie wyobrażam sobie innego życia, ale powrót do pracy po 1,5 roku traktuję jako pewnego rodzaju wybawienie, nowe życie, rozdział, przejście, powrót. I właśnie teraz jest mi najlepiej, kiedy wstaję o 5.45 i jadę z małym do babci, idę do pracy, nie mam na nic czasu, nie jem ciepłego obiadu, a wieczorem padam ze zmęczenia z mnóstwem spraw na głowie. Może nie jestem stworzona, by być matką tak małego dziecka, ale przeraża mnie ponowne w to wejście. Najważniejsze jednak, że już mam to za sobą i wiem (chociaż teoretycznie), że to się kiedyś kończy, tak i uciążliwe dla mnie karmienie piersią (a karmiłam 13,5 miesiąca), nocne pobudki (które trwają do tej pory)i wszystko, co wtedy się zdarza.

      Dziękuję Ci raz jeszcze za ten tekst.

      PS. Oglądając zdjęcia młodych matek łapałam się na myśli typu - "dlaczego one mają fajne macierzyństwo, a mi nie było dane wejść w to tak łatwo". W gronie tych matek byłaś też Ty. To dowód na to, jak bardzo człowiek może się mylić i jak bardzo kobiety mogą w sobie to chować.

      Usuń