piątek, 3 listopada 2017

Ucieczki z Berlina: Stary poniemiecki domek.

Od kilku lat siostra mojego męża jest właścicielką magicznego miejsca. To poniemiecki dom niedaleko doliny Drawy i Drawieńskiego Parku Narodowego. Okolica jest piękna i zdecydowanie nieodkryta przez turystów, co z jednej strony mnie cieszy, a z drugiej smuci. Letnie przejażdżki rowerowe zwykle odbywamy w lasach, w których spotkanie jelenia jest bardziej prawdopodobne niż człowieka. Dookoła jest pełno czystych jezior o lazurowej wodzie, można znaleźć piaszczyste i puste plaże, pływać w jeziorze, słuchając jedynie dźwięku polujących myszołowów. Powroty przez las latem obfitują w słoiki pełne jagód, a jesienne spacery w wiadra borowików i kań.



niedziela, 22 października 2017

Ucieczki z Berlina: Eiskeller. Grzybobranie pod Berlinem.

Nawet ktoś taki jak ja, ktoś kto kocha miasto całym sercem, musi czasem z niego uciec, aby później znów móc je docenić. Pogoda tej jesieni jest naprawdę w kratkę: albo całkiem zimno albo prawdziwe babie lato. W ostatni weekend postanowiliśmy wybrać się do lasu na grzyby, do bagażnika wrzucając też kilka niezbędnych rzeczy, aby rozpalić ognisko, licząc na to, że znajdziemy piękne miejsce na piknikowanie.


piątek, 13 października 2017

Odkrycia września

Wrzesień minął jak z bicza strzelił, pół miesiąca cieszyłam się początkiem jesieni, delikatnym światłem, żółknącymi liśćmi, świeżymi porankami w parku, spacerami w chłodne wieczory. Natomiast druga połowowa w Berlinie to było istne akwarium. Spadło tak dużo deszczu, że staw w pobliskim parku niemal wystąpił z brzegów. Deszczowa pogoda sprzyja pracy (nie kusi, żeby wychodzić na zewnątrz), ale przede wszystkim coraz dłuższe wieczory zapraszają na kanapę, gdzie chętnie sięgałam po książki.



piątek, 6 października 2017

Rustykalna tarta z jabłkami na dobry początek jesieni.

Uwielbiam jesień, to zdecydowanie moja ulubiona pora roku. Po gorącym lecie przyjemnie wystawić ciało na chłód poranka, oglądać mgły oblepiające lasy i łąki, uwielbiam ten moment, kiedy natura eksploduje wyjątkowymi kolorami, którymi można się cieszyć zaledwie kilka tygodni. Lubię też tę późną jesień, kiedy z kubkiem herbaty można odpocząć od szalonego nadmiaru owoców letnich i wymyślać kolejne przepisy na jabłeczniki i szarlotki. Oczywiście z kubkiem herbaty w ręku.

Lubię wybrać się na targ i do zaprzyjazionego warzywniaka, gdzie są dostępne "brzydkie", ale szczęśliwe jabłka z Polski. Mogę wtedy przebierać we wczesnych antonówkach, jesiennych i soczystych nakrapianych alwach, albo cierpliwie poczekać na renety. Z resztą wszystkie jabłka są pyszne! 




czwartek, 14 września 2017

Odkrycia sierpnia


Książka "Farba znaczy krew" wpadła mi w ręce podczas wyjazdu w Sudety, była w miejscowej biblioteczce u Lokusza. Temat polowań od kilku lat przewijał się w naszej rodzinie z racji tego, że mamy znajomego leśnika, który również poluje, a nawet organizuje polowania dla belgijskich myśliwych! Zawsze podskórnie czułam, że te polowania to jest rozrywka, a nie "regulowanie leśnej gospodarki" jak myśliwi lubią to określać. Jednak nigdy nie zgłębiłam dobrze tematu i w rozmowie ze zwolennikami polowań nie miałam dobrych argumentów w ręku, poza tym, że zabijanie dzikich zwierząt jest bezsensu. Ta książka podaje pełen przekrój opinii, jednak jej największym atutem jest fakt, że napisał ją myśliwy "dezerter". Zenon Kruczyński sam polował przez wiele lat, nauczył się tego od ojca. Jednak w jego życiu nastąpił przełom i nie dość, że przestał polować to jest teraz wielkim przeciwnikiem tego procederu. Opowiada w naprawdę ciekawy i rzeczowy sposób o świecie myśliwych, podaje argumenty, które trafią nawet do najbardziej zagorzałych zwolenników zabijania dzikich zwierząt. Pokazuje bezsens dokarmiania saren i dzików, mówi o tym jakie są rzeczywiste szkody wśród rolników, które często występują jako argument za polowaniem, o okrutnym i bezsensownym odstrzale gęsi i kaczek. Opowiada o tym jak cierpią rodziny, a przede wszystkim dzieci myśliwych. Polecam każdemu, kto choć przez chwilę zastanawiał się w życiu nad sensem polowań.

sobota, 26 sierpnia 2017

Podróże z dzieckiem

Może tytuł tego tekstu powinien brzmieć: 

Jak podróżować z dzieckiem i nie zwariować?
albo
Jak nie bać się podróżowania z dzieckiem?





Kiedy rozmawiam z moimi znajomymi i przyjaciółmi, którzy mają dzieci często słyszę, że nie podróżują, bo to uciążliwe i zaczną znowu jeździć, jak dzieci podrosną albo przyznają się, że boją się dalekich i bliskich podróży. Patrzą ze zdziwieniem, kiedy opowiadam, że pojechaliśmy na narty, kiedy Lidia miała 4 miesiące i całkiem nieźle się bawiliśmy, w naszą pierwszą podróż wyruszyliśmy, kiedy Lidia miała miesiąc, a jak miała 9 miesięcy zabraliśmy ją na tygodniowy rejs żaglówką. Oczywiście nie zawsze jest kolorowo, ale czy kiedy jeździliśmy bez dziecka to każda wyprawa była fantastyczna?

Dziś opowiem Wam o moich zasadach podczas podróżowania z małym i nieco większym dzieckiem, które powstawały w mojej głowie, odkąd Lidia się urodziła.

Nie znajdziecie tu porad o tym co spakować i czego nie może zabraknąć w torbie mamy, ale dowiecie się jak zmienić swoje nastawienie do podróżowania z małym człowiekiem.

czwartek, 17 sierpnia 2017

Wakacje z dzieckiem: Bornholm

To nasza druga podróż na tę bałtycką wyspę. Kilka lat temu wybraliśmy się na nią rowerami i przez 7 dni pedałowaliśmy po świetnie przygotowanych drogach rowerowych i zachwycaliśmy się krajobrazem, jednak był to wyjazd za studencki budżet, co w Danii może być sporym problemem. Ceny są tu dwa razy wyższe niż w Berlinie, nie wspominając już o Polsce.

W te wakacje wybraliśmy się tam po raz drugi, tym razem z naszą półtora roczną córką. Plan był prosty: spędzić miło, ale aktywnie czas. Ja kocham jeździć na rowerze, z Lidią jeżdżę codziennie, więc obie jesteśmy do tego przyzwyczajona. Mój mąż wybrał się na trzy dniowy kurs windsurfingowy, żeby odświeżyć swoją pasję sprzed lat. W czasie, gdy on był na wodzie my zwiedzałyśmy okolicę albo leżakowałyśmy na plaży.

10 rzeczy, które można robić z dzieckiem na Bornholmie